hmmm... pierwsza 'przygoda' z piorunami zakończyła się równie
szybko, jak się rozpoczęła. Na domiar złego - zakończyła się BARDZO
mokro, lecz na szczęście nie elektryzująco :)
Mogę swobodnie stwierdzić, że system informujący o burzach (składający
się z moich znajomych...), choć go NIE MA - to działa lepiej niż
idealnie!
Ostatnio całkiem wcześnie kładę się spać, z uwagi na sporą ilość
nauki. Odpoczywam juz od około 22giej... kilka dni temu (25.V
w niedzielę) również położyłem się wcześnie. Ścieląc łóżko zauważyłem,
że na dworzu coś się błyska, ale byłem na tyle zmęczony, że wmówiłem
sobie, że to ta nowa lampa z naprzeciwka zaczyna szwankować...
walnąłem w kimę koło 2230... spało się taaak smacznie, aż tu jak
się komórka nie odezwie! (Na noc nie wyłączam). Czytam, a koleżanka
pisze, że ma nadzieję, że pstrykam te pioruny, bo są przepiękne;
a tak się składa, że zupełnie nie pada; była 2345. Zerwałem się
z łóżka, naciągnąłem spodnie i wyszedłem z domu, nie budząc nikogo
i wymieniając z Nią jeszcze kilka SMSów, aby uzgodnić dokładniej
miejsce na horyzoncie. Okazało się, że burza jest w morzu - wyśmienicie!
Tylko szkoda, że nad morze kawał drogi, po drugie środek nocy,
trzecie że nie mam dobrego miejsca na ustawienie statywu... jak
pech, to pech!
Nic to! postanowiłem przejść się po dzielnicy i poszukać jakiegoś
miejsca na dogodne ujęcia. Po drodze błyskało się tak ładnie,
że wybrałem jakąś drogę na skróty i wpadłem po kolana w pokrzywy
(w krótkich spodenkach... auć!). Za płotem ukazała się moim oczom
piękna wieżyczka zbudowana przed paroma dniami na potrzeby Paintball'a.
Przeskoczyłem przez ogrodzenie, wdrapałem się po drabince. Z aparatem
poszło jeszcze szybciej, gorzej ze statywem, bo jest całkiem stary
i trudnoustawialny...
Po
krótkim boju rozstawiania tego ustrojstwa zostałem nagrodzony
stabilną pozycją i ogólną ciszą. Postanowiłem poczekać dłuższą
chwilę, aż coś wejdzie w kadr... błyskało się wszędzie dookoła,
ale nie tam, gdzie trzeba. Obok efekty... tylko światło lamp ulicznych
:(
Po paru minutach usłyszałem jakieś dziwne pukanie... stawało się
coraz głośniejsze i coraz częstsze - jak nie lunęło!! Schowałem
aparat do torby (na szczęście jakieś 3 tygodnie temu ją kupiłem!)
i zszedłem z wieży. Do domu znów przez pokrzywy... a pod klatką...
przestało padac. SIC!
Postanowiłem nie marnować pięknej burzy i wybrałem się pod klatkę
kolegi, ale troche szkoda było mi budzić Go o 1szej w nocy :\
Stanąłem pod kolejną klatką, sprawdziłem drzwi - BINGO! Otwarte
:) Wjechałem na 11te piętro i wyjąłem sprzęt. Aparat suchy, a
ze mnie kapie jakbym stał pod rynną.
Szkoda, że tyle poświęcenia na nic - burza przeszła bezpowrotnie.
Jeszcze tylko kilka delikatnych rozjaśnień na widnokręgu i po
krzyku.
Przemoczony do ostatniej nitki wróciłem do domu i do ukochanego
łóżeczka, z którego zostałem tak brutalnie wyrwany...
Jak mnie uczono - z każdego opowiadania czy histerii, TFU! historii,
wynika jakiś morał... a jedyny jaki przychodzi mi teraz do głowy,
to:
Dorób klucze do domofonów znajomych, bo burza może Cię zastać
w każdym momencie... :)
Kołobrzeg, zacisze domowe,
28 Maj 2003.
Burze
i pioruny cz.2
do góry